11 czerwca 2026
11 czerwca 2026
Jakiś czas temu mój mąż Daniel, piastujący w swojej firmie niebagatelne stanowisko "sales specialist", zagiął mnie takim oto stwierdzenio-pytaniem, sformułowanym językiem lekko branżowym: "Poszłaś na CSM, bo miałaś jakiś ból. Co było twoim bólem?". Wytłumaczył mi przy tym, że w świecie sprzedażowym klient wybierający jakąkolwiek usługę robi to zasadniczo dlatego, że nosi w sobie ból, którego uśmierzenia poszukuje. Ciekawe, nie?
Zaczęłam się nad tym zastanawiać i myślę, że moim największym bólem było samozaniedbanie i brak inwestowania w siebie. Przez wiele lat sytuacja w naszym Kościele wymagała ode mnie praktycznie coniedzielnej obecności i ciężko było mi nawet zamarzyć, że mogłabym sobie wyjeżdżać na weekend raz w miesiącu, żeby uczyć się w takim miejscu jak szkoła CSM, wiedząc, że nazajutrz musiałabym być na worshipowym posterunku, zapewne urywając się z wieczorów uwielbienia, żeby zdążyć na pociąg, a może i w ogóle rezygnować z dłuższych, zahaczających o niedzielę zjazdów czy warsztatów.
Do tego wydawało mi się oczywiste, że moją rolą jest przede wszystkim dawać, i wcale niełatwo było mi uwierzyć, że też mogę – i powinnam! – brać. Oczywiście nie jest tak, że nie brałam w ogóle, ale muszę przyznać, że radziłam z tym… bardzo średnio. To tu, to tam, po troszku, na własną rękę, od przypadku do przypadku, bez konkretnego planu. Zdecydowanie czułam, że zaczynam stawać w miejscu – może nie tyle w kontekście rozwoju duchowego, co kompetencji muzycznych. Owszem, uczyliśmy się z zespołem nowych pieśni, stabilizowaliśmy naszą służbę, wylewaliśmy solidny fundament i wypracowywaliśmy dobre, pożyteczne dla nas praktyki, które po przeprowadzce Kościoła do nowej lokalizacji pozwoliły nabrać nam kolektywnie wiatru w żagle, ale miałam w sercu jakieś takie kłucie, że chciałabym więcej. Dla siebie samej. Po prostu. Tylko że nie umiałam się za to samodzielnie zabrać – potrzebowałam bodźca z zewnątrz.
Byłam przekonana właściwie od wielu lat, że CSM może mi to "więcej" dać, choć byłam zblokowana myślą – smutną i w gruncie rzeczy kłamliwą – że przecież mi nie wolno, że muszę być "na miejscu", gdzie mi tam w głowie jakieś wyjazdy, jakieś szkoły. Jednak gdy ruszyła rekrutacja na rok 2025/2026, podjęłam decyzję, że czas spróbować. Co prawda słyszałam od niektórych pytania zabarwione lekkim przekąsem, że po co tam idę, skoro jestem już tak doświadczona w graniu, śpiewaniu, prowadzeniu. Otóż czułam – i to przeczucie spełniło się w stu procentach – że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak mało jeszcze wiem i ile w tej sferze jest przede mną do odkrycia i nauki. Ten rok potwierdził mi absolutnie, że muzyka i uwielbienie to przestrzenie tak nieskończenie bogate, jak ich Twórca, i bardzo możliwe, że świadome ich zgłębianie po tej stronie wieczności nigdy się nie skończy. Sama nie dałabym rady wejść do tych głębin – na tym etapie swojego życia potrzebuję jasnego, konkretnego prowadzenia fachowców, którzy będą wierzyć we mnie bardziej niż ja sama i dawać mi zadania, które pozornie będą mnie przerastać, aby konkretnie i przemyślanie popchnąć mnie do przodu. I to w CSM otrzymałam ponad miarę!
Kiedy zaczynałam ten rok, miałam w sercu wielkie pragnienie, aby wręcz zrzucić z siebie całe moje dotychczasowe doświadczenie i tak jakby "uczyć się uwielbienia od nowa". Nawet jeśli coś tam wiedziałam, starałam się przyjmować wszystko, co słyszałam, tak, jakbym zetknęła się z tym po raz pierwszy w życiu. Chłonąć każdą informację i inspirację, zbierać każdy mały, drogocenny klejnocik z nauczań, lekcji indywidualnych i zajęć grupowych. Stać się uczennicą, gotową na poddanie się autorytetom i wykonującą to, o co mnie poproszą, najlepiej jak umiem. Zdjąć etykietkę "liderki" i dać się poprowadzić. Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo było to dla mnie zdrowe, ożywcze i potrzebne. Nabrałam pokory wobec muzyki jako Bożego narzędzia i jeszcze lepiej zrozumiałam to, jak wspaniale, biegle i korzystnie dla całego zespołu można się nim posługiwać, jeśli szczerze włoży się w ten proces swój czas i wysiłek, pozostając otwartą na feedback i korektę.
Wiem też po tym roku, że czysto logistycznie da się spokojnie pogodzić naukę w szkole CSM z usługiwaniem "u siebie". Zmiany w funkcjonowaniu naszego Kościoła sprawiły, że nie muszę już być w każdą niedzielę. Są liderzy i liderki, są wokale, są muzycy, są materiały i infrastruktura. I da się z tego dobrodziejstwa stworzyć fantastyczne składy bez mojego ciągłego udziału. Mogę odetchnąć i zadbać o siebie. A raczej pozwolić, żeby ktoś zadbał o mnie. I może to też jest fajne i w porządku, że takie zewnętrzne, zaufane źródło mi to zapewnia, wypełniając lukę, której o własnych siłach nie byłabym w stanie załatać.
Ale czemu właśnie to źródło, a nie – przykładowo – prywatny nauczyciel fortepianu czy wokalu, czy czegoś tam? Myślę, że siłą miejsca takiego jak szkoła CSM jest to, że i wykładowcy, i uczniowie stoją na Chrystusowym fundamencie, który spaja ich w duchową rodzinę – to czuć na każdym kroku, na każdych zajęciach, w każdej rozmowie. Serdeczność, humor, szacunek, porozumienie, troska, zainteresowanie, a przy tym rzeczowość i jasna komunikacja kadry unosiły się nade mną jak ciepła, miękka chmurka, niejednokrotnie podnosząc mnie na duchu, dodając skrzydeł i potwierdzając sens mojej obecności w tej przestrzeni. Śmiem twierdzić, że ciężko byłoby doświadczyć czegoś tak unikalnego gdziekolwiek indziej. To jest nie do podrobienia!
Czy miniony rok w szkole CSM uleczył mój ból? Zdecydowanie tak, choć jeszcze nie do końca. Czuję, że dużo spraw – i tych duchowych, i muzycznych, teoretycznych, technicznych – ledwie "rozgrzebałam" i na pewno przydałoby się dalsze ich porządkowanie pod okiem CSM-owych speców, którzy okazali mi tak wiele Bożego serca, miłości i zaufania. Jestem za to ogromnie wdzięczna Panu Jezusowi, Jemu oddając chwałę za ten piękny rok, i chcę więcej. A to jest też przełomowe, że zaczęłam wierzyć, że mam w ogóle prawo do takiego chcenia! Nawet ta jedna rzecz – a przecież jest ich więcej – pokazuje, że warto!